Listopad 5

WSPOMNIENIA Z PEŁCZYC LAT WOJNY

Zachowały się wspomnienia mieszkańca Pełczyc, który jako robotnik przymusowy okres wojenny spędził również w tym mieście. Po zajęciu Pełczyc przez Armię Czerwoną, był tu jednym z pierwszych organizatorów tzw polskiego życia. Współtworzył administrację i polskie władze. Jego wojenna droga jest niezmiernie ciekawa, gdyż w 1939 roku walczył w obronie polskiego wybrzeża. Był świadkiem samobójczej śmierci dowódcy Lądowej Obrony Wybrzeża płk Stanisława Dąbka, który po rozmowie z adm. Unrugiem i po wydaniu ostatnich rozkazów do kapitulacji, niespodziewanie zastrzelił się.
Bernard Kowalski – bo o nim mowa – wraz z innymi obrońcami dostał się do niemieckiej niewoli. Trafił do Dulagu w Gross Born (Borne Sulinowo). Opisuje, że obóz ten stał się głównym punktem zbornym zatrzymanych cywili, którzy próbowali poprzez Bałtyk uciec z Polski. Żołnierzy szeregowych jeńców w Gross Born traktowano źle, szczególnie tych narodowości żydowskiej. Codziennie umierało tam ok. 13 ludzi. Szczególnie okrutny był wachman, który z racji tego otrzymał pseudonim „ Szatan”. Mówiono, że zabił około 20 jeńców. Również srodzy byli wachmani rekrutujący się, jak wspomina, z Górnego Śląska. Obóz przedstawiał straszny stan, był raczej kaźnią niż obozem jenieckim.
Następnym etapem w życiu Bernarda Kowalskiego było Bernstein, czyli Pełczyce. Skierowanie do tego miasta otrzymał w Bornym Sulinowie. Przydzielono go do pełczyckiej firmy budowlanej „Baugescheft Wili Radke”. Właściciel okazał się dobrym człowiekiem, zakwaterował Kowalskiego u siebie w domu, żywił dobrze, jeździł z nim po okolicy, dał mu dość dużo swobody, łącznie z tym, że tolerował słuchanie radia. Powierzono mu traktor, którym musiał jeździć do Choszczna po ludzi przywożonych na roboty. Wspomina, że często były to jeszcze dzieciaki. Przez ten traktor trochę nie wierzono mu, że jest 100 % Polakiem…
W znajdującym się w Pełczycach lagrze przebywało dużo polskiej młodzieży. Nieświadomi niebezpieczeństw po skończonej pracy zachowywali się dość swobodnie. Śpiewali, organizowali potańcówki itp. A tymczasem z miasta „ odpływali” młodzi chłopcy na front. Zdyscyplinowanych Niemców zachowanie młodzieży polskiej zaczęło denerwować. Wkroczyła do akcji policja, która zaczęła Polaków karać. Doszło do tego, że Niemcy na widok uśmiechniętych Polaków dostawali szału. Z drugiej strony młodzież to wykorzystywała i zastosowała, jako element walki z wrogiem.
W 1941 roku Kowalskiego przeniesiono do pracującej w Pełczycach grupy polskich jeńców. Tu już „sielskość” mu się skończyła. Pilnujący ich wachman, nazwiskiem Wezer, pochodził z Wejherowa. Pewnego dnia uderzył jednego z jeńców tak, że rozbił mu głowę. Część z jeńców nie wytrzymała i rzuciła się na wachmana, zaciągnęli go do szopy i chwycili za gardło. Ten zaczął błagać o litość. Puszczono go i Wezer o zajściu nie zameldował, a sam zmienił się na tyle, że już nikomu nie dokuczał. Od tamtej pory zachowywał się w stosunku do jeńców więcej niż poprawnie. Liczącą 42 osoby grupę cyklicznie wizytował oficer o nazwisku Schtockasa Franz. Ten typ podczas każdej wizyty musiał koniecznie, co najmniej jednego z jeńców pobić. Bił za wygląd, postawę, niezrozumienie języka itp. Był też przypadek, że któregoś dnia jeden z wachmanów uderzył bagnetem polskiego żołnierza o nazwisku Płocki.
Ludność cywilna odnosiła się do Polaków różnie. Jednak prawie połowa z nich była ustosunkowana zdecydowanie wrogo. Dobitnym przykładem było respektowanie zakazu chodzenia przez robotników przymusowych po chodnikach miasta. Jeśli już na ten chodnik wszedł, to powietrze rozrywał przeraźliwy krzyk, zarówno starszego pana jak i młodego chłopca, czy też staruszki. Co ciekawe, na ogół czynili to tzw. zwykli ludzie, nie urzędnik czy policjant. Szczególnie zawzięty na Polaków był miejscowy dyrektor szkoły. „ On jak spotkał Polaka to pluł mu w twarz”. Powołany został do wojska, „ wylądował” na froncie wschodnim i tam zginął. Jego śmierć Polacy potraktowali, jako dowód na istnienie sprawiedliwości. Co jest ciekawe, że dobrze zapisał się w pamięci człowiek, który z urzędu obowiązany był do respektowania restrykcyjnych zarządzeń wobec robotników przymusowych. Nazywał się Bodo Kuempf i był miejscowym żandarmem. Potrafił udać, że nie widzi idącego chodnikiem Polaka. Drugim „ ludzkim” policjantem był Alfred Muske. Kiedyś, któryś z Polaków wypił mleko Niemcowi, u którego pracował. Gospodyni poszła na skargę do żandarmerii, służbę pełnił Muske, wysłuchał skargi i powiedział, że on jej mleka nie będzie pilnował. A jeśli wypił to trzeba dać mu więcej, bo pewnie jest głodny, a przecież pracuje dla niej.
Tuż przed wyzwoleniem Polacy mieli być rozstrzelani. O rozkazie rozstrzelania słyszał jeden z robotników o nazwisku Majchrowski. Rozkazu tego jednak nie zdążono wykonać.
Miejscowy Volkssturm ćwiczył w okolicy Jagowa. Tam od października 1944 r. odbywały się regularnie szkolenia ogniowe. Prowadzili je przybyli ze Stargardu wojskowi instruktorzy.
Do volkssturmu musieli należeć wszyscy, starzy i młodzi.. Obok rodowitych mieszkańców było w Pełczycach pełno „Fluechtlingerdów” z Prus Wschodnich, Łotwy, Litwy…
Rosjanie weszli do Pełczyc 31 stycznia od strony Granowa, Płonna i poszli dalej na Barlinek. Przy torze kolejowym wysadzili niemieckie czołgi (koło przejazdu kolejowego w stronę Barlinka). W tym czasie Bernard Kowalski został ich przewodnikiem, otrzymał wojskowy płaszcz by nie traktowano go jako zwykłego cywila. Gdy wrócił razem z radzieckim pułkiem z Chropawa i znalazł się w Pełczycach miasto było już opanowane przez Rosjan. Lecz w Jagowie byli jeszcze Niemcy. Rosjanie w ciągu dwóch dni wszystkich cywili wysiedlili z Pełczyc. Kowalskiego zatrzymano jednak w komendanturze miasta jako tłumacza. Kilka dni potem w godzinach rannych Niemcy z Jagowa przypuścili szturm na Pełczyce. Mieli ponoć strzelać w miasto z pancerfaustów. Podeszli pod miasto wąwozem wzdłuż szosy prowadzącej na Choszczno. Rosjanie na przejeździe oraz z majątku na skraju miasta wycofali się do miasta. Potem przeprowadzili kontrnatarcie i Niemcy wycofali się. Przyszły rozkazy o wykonaniu stałych pozycji obronnych. Rozpoczęto budowę okopów na odcinku Wierzchno, dalej przez pole do Paulinowa i do Chrapowa. Była to podwójna linia transzei. Tor kolejowy od szosy był po stronie radzieckiej. W Chrapowie stacjonował nieduży oddział radziecki, dlatego został stamtąd wycofany. Na przedpolu wsi usadowili się Niemcy z czterema działkami. Większe niemieckie oddziały stały w lesie za Chrapowem. Niemcy od strony Chrapowa zorganizowali wypad, udało im się przejść przez linię okopów i zaskoczyli zakwaterowanych i odpoczywających w zabudowaniach Rosjan. Wywiązała się gwałtowna strzelanina, w wyniku której zginął dowódca pułku w stopniu pułkownika NN. Następnej nocy 12 radzieckich żołnierzy w białych pelerynach wyszło na pozycje niemieckie. Była cisza, nad Barlinkiem unosiły się łuny pożarów.
Tylko od czasu do czasu padały pojedyncze strzały. Śnieg skrzypiał pod nogami. W takiej scenerii podeszli pod niemieckie okopy. Nikogo nie było widać, pod lasem stały zabudowania. Rozdzielono się na dwie grupy. Pierwsza pozostała na przedpolu, a druga poszła sprawdzić zabudowania. Lecz szybko zmieniono ten zamiar i pierwsza grupa weszła w las, tak aby uniemożliwić Niemcom ucieczkę. Na ok. 200 m. od budynku rozległ się głos niemieckiego wartownika wzywającego do podniesienia rąk do góry. Wśród Rosjan był jeden doskonale mówiący po niemiecku. I ten spokojnym, pewnym głosem powiedział, że są tu Niemcy, kamraci. Wartownik uspokoił się, założył karabin na plecy i pozwolił przejść. Tak dał się schwytać. Szybko go obezwładniono i w ciszy poprowadzono do sztabu jako tzw. „język”. Pozostali okrążyli dom przy każdym oknie stał krasnoarmiejec. Zapukano do drzwi. Nikt nie odpowiadał. Jeden z Rosjan wszedł do środka i padł od kuli, okazało się że Niemcy zauważyli najście. Rozgorzała walka. Rosjanie mieli dużo granatów, więc bombardowali nimi poszczególne mieszkania. Budynek stanął w płomieniach.. Nikt z Niemców nie ocalał. Rosjanie wycofali się na swoje pozycje.
Z pozycji niemieckich odezwały się działa. Front pod Pełczycami stał jeszcze trzy tygodnie. W mieście nagromadziło się dużo jeńców z niemieckiej armii, wielu z nich podawało się za Polaków. Ostatecznie wszystkich zagnano do pracy.
Komendantem wojennym miasta był mjr Walis Ustienko, zaś jego zastępcą por. Anatol Gusow.
To oni wyznaczyli pierwszego burmistrza Pełczyc. Został nim Bernard Kowalski. Por. Gusow powiedział Kowalskiemu, że Pełczyce będą polskie. W tym czasie (połowa marca) przebywało w mieście ok. 100 Polaków. 19 marca 1945 r. Kowalski zgłosił się do władz polskich w Myśliborzu. Ponownie z woli Rosjan został burmistrzem Pełczyc lecz władza jego była już legalna. Przystąpiono do przygotowania miasta dla większej ilości przesiedleńców. Wiceburmistrzem został Jan Lesner a sekretarzem Antoni Leśkiewicz. Wielu Polaków zatrzymało się w Pełczycach wracając z Niemiec, byli to: Ekmann, Marian Figiel, Bernard Szolka, Kazimierz Kaskowski, Tadeusz Jancub, Alfons Cieluch.
W okresie wojny na terenie Pełczyc było aż pięć lagrów:
1. Polnische Kriegsg. Arb.Kom.- 130 jeńców polskich (1940 r.)
2. Franz Kriesgsg. Arb.Kom.- 400 jeńców franc. (1941 r.)
3. Franzosen Lager – 120 cywili francuskich (1943 r.)
4. Lager – 80 polskich cywili (1943 r.)
5. Rusische Arbt. Komando – 100 jeńców radzieckich (1942 r.)
W okolicy m.in.w Sarniku, Chrapowie, Przekolnie i Bolewicach pracowało ponad 400 Polaków, Serbów, Francuzów i Rosjan.
Na podstawie;
Bernard Kowalski „Garść wspomnień z czasów wojny w Pełczycach” PTH- P-246
Opracowali: Gerard Sopiński, Andrzej Szutowicz