Listopad 5

JEŃCY I ROBOTNICY PRZYMUSOWI W DRAWNIE

Wydawać by się mogło, że okres wojenny i pierwszych lat powojennych jest już w Drawnie doskonale znany. Dzień zajęcia miasta w 1945 r. przez oddziały radzieckie – 12 luty, od kilku lat obchodzony jest jako „Dzień osadnika i kombatanta”. Wystawy oraz publikacje towarzyszące jego obchodom obrazują coś innego, pokazują jak dużo nie wiemy i jak dużo zapomniano. Upływ czasu i prawa biologiczne robią swoje, odchodzą do wieczności, często zapomniani są główni aktorzy tamtych lat. „Dzień kombatanta i osadnika” ma o nich przypominać.

Fot. Podegrodzie, dom w którym przebywali jeńcy francuscy
Fot. Podegrodzie, dom w którym przebywali jeńcy francuscy

Drawno z przyległymi miejscowościami było w okresie wojny ośrodkiem pracy niewolniczej setek ludzi różnych narodowości i wyznań. Pierwsi przywiezieni zostali tu Polacy tuż po klęsce wrześniowej 1939 r. Było ich kilkudziesięciu. Z relacji p. Schnabel wiadomo, że początkowo ok. 10 Polaków pracowało na rzecz miejscowej jednostki wojskowej, na terenie której także nocowali. Dopiero później zostali przeniesieni do Sieniawy. Pod koniec 1939 r. w Sieniawie pracowało ok. 40 Polaków. Zakwaterowani byli w stajni i zatrudniano ich do prac polowych . Podobnie było i w innych miejscowościach. W miarę odpływu kolejnych roczników poborowych do wojska, zwiększało się zapotrzebowanie na robotników przymusowych. Zatrudniano także dzieci np. w Sieniawie pracowało dwóch bliźniaków – gimnazjalistów z Poznania (mieli po 15 lat, wojnę przeżyli). Traktowanie Polaków było różne, w zależności od cech charakteru gospodarzy. Były przypadki, że w odwiedziny do polskich robotników przyjeżdżali najbliżsi, choć było to zabronione albo Polacy w okresie zimowym wyjeżdżali na krótko do domów. Inni odnosili się do nich jak do niewolników, materiał zdobywczy. Ci „dobrzy” musieli uważać, gdyż byli pod ciągłą obserwacją tych złych. Robotnicy za swoją pracę byli odpowiednio wynagradzani, zaopatrzyć się mogli w specjalnie dla nich zorganizowanym sklepie, przy dzisiejszej ulicy Szkolnej. Zakwaterowani byli u swoich gospodarzy. Warunki życia u poszczególnych gospodarzy zależne były od ich zamożności i człowieczeństwa. Jednak nie możemy generalizować, że ogólnie robotnikom nie żyło się źle, faktem jest, że nie głodowali i mieli dach nad głową. Gospodarze byli bardziej praktyczni od załóg obozów koncentracyjnych. Wiedzieli, że aby dobrze pracować człowiek musi być wyspany i najedzony. To tak jak z niektórymi zwierzętami domowymi, karmi się je, pielęgnuje, bawi, nadaje imiona, a koniec jednak – w rosole. Tzw. dobroć świadczy o człowieczeństwie jednostki lecz system zrobił z Polaków niewolników o ograniczonych prawach osobistych i co najważniejsze skierowano i nakazano im pracę pod pręgierzem przymusu i nieludzkiego prawa. Można przyjąć bez obaw o pomyłkę, że na terenie dzisiejszej gminy Drawno w każdej miejscowości zatrudniano robotników z Polski. Są też i przykre wspomnienia o poniżaniu godności ludzkiej przez Niemców, jak chociażby z dworca kolejowego w Drawnie, gdzie woźnica – Polak odwoził na pociąg krewną gospodarzy, ta podała mu rękę. Widząc to, rodowita neuwedellanka wszczęła raban i histeryczny krzyk. Bo jak to możliwe podać „podczłowiekowi” rękę! (było to prawnie zabronione). Nawet Niemcy w swoich wspomnieniach wspominają, że społeczeństwo rodzime było trudne. W lutym 1941r. z terenów budowy w Drawnie uciekło pięciu Polaków-jeńców byli to: Michał Kramarz, Juliusz Panas, Semko Pachmyk, Wacław Łazarczyk i Józef Tarasek.
Z pobytu Polaków mgłę tajemnicy okrywa jeszcze sprawa młodego Polaka zatrudnionego w gospodarstwie należącym dziś do państwa Czajkowskich (ostatnie z prawej strony przy drodze do Chomętowa). Chłopaka tego zaczęła adorować wyrośnięta, ładna nastolatka. Niestety, adoracja przerodziła się we wzajemną miłość. Zaczęły się potajemne schadzki i dalej to co w takich przypadkach bywa. Związek ten odkryła właścicielka gospodarstwa. Czy to z zazdrości czy z nienawiści, a może ze zwykłego poczucia obowiązku obywatelki nazistowskiego państwa, po tym jak podejrzała młodych w romantycznych objęciach, doniosła o całym związku na policję. Chłopca aresztowano, a oboje młodych przesłuchano. Zastraszana i szykanowana dziewczyna zeznała, że chłopak miał wymusić na niej sytuację, w której ujrzała ich donosicielka. Związek robotnika przymusowego z Niemką lub robotnicy z Niemcem był zakazany. Groziły za to surowe kary, do kary śmierci włącznie, bez rozprawy sądowej. W tym przypadku rozprawa się odbyła (wg ustnej relacji byłej mieszkanki Neuwedell ) i chłopca skazano na karę śmierci. Wyrok miał być wykonany w scenerii określonej niemieckim prawem tzn. w obecności wszystkich zatrudnionych w okolicy obcokrajowców (oprócz dzieci). Jak prawo określiło, tak też zrobiono, chłopca powieszono gdzieś w okolicach Drawna. Kim był, jak się nazywał, czas zatarł ślad. Jedni mówią, że pochodził z Wielkopolski, inni, że był marynarzem polskiej Marynarki Wojennej. Jedynie co wiadomo na pewno, że za miłość do niemieckiej dziewczyny został powieszony. Także jego mogiła pozostaje gdzieś zapomniana. Fakt przeprowadzenia rozprawy sądowej daje duże szanse odtworzenia, gdyż zgodnie z skrupulatnością urzędników niemieckich na pewno wszystko zostało zapisane w dokumentach. Dlatego w ubiegłym roku zwrócono się do Instytutu Pamięci Narodowej o. w Szczecinie z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy oraz o ustalenie danych osobowych, w celu upamiętnienia z imienia i nazwiska tego chłopca. Niestety w odpowiedzi uznano, że dostarczone dane są niewystarczające i nie wszczęto dochodzenia .
Losy dziewczyny wyznaczyły już jej wyrzuty sumienia. Mówi się, że ogolona, z tabliczką sprzątała Neuwedell i po przyjściu Rosjan zadawała się z nimi, po wykryciu co przez nią się stało miała być wykorzystana i zabita. Odnośnie sprzątania i oznakowania, może to być prawdą lecz brak jest potwierdzenia tego faktu. Natomiast pozostałość to plotkarski wymysł. Dziewczyna, nazywała się Käthe Lonk, w porę ewakuowała się i zamieszkała w Berlinie. Jednak świadomość, że przez fałszywe zeznanie skazała człowieka na śmierć (i to człowieka, do którego coś czuła) wprawiła ją w taką depresję, że popełniła samobójstwo. Ponoć żyje jeszcze sprawczyni całego zła owa gospodyni z obejścia Państwa Czajkowskich. Niestety, gdy pytamy o jej nazwisko nikt nie pamięta. W Drawnie i Chomętowie działały polskie komórki konspiracyjne jednak o ich działalności nie zachowało się zbyt dużo informacji.
Niewidzialną granicą klimatyczną jest Kiełpino (mijając tą miejscowość od razu widać zmiany). Odnośnie losów robotników przymusowych chyba też była tam taka granica.

Fot. Podegrodzie. Miejsce gdzie przetrzymywano jeńców rosyjskich
Fot. Podegrodzie. Miejsce gdzie przetrzymywano jeńców rosyjskich

O wiele lepsze traktowanie robotników – Polaków było np. w Rzecku. Wynika to z opowiadań dzisiejszej mieszkanki Drawna p. Władysławy Glińskiej. Pani Władysława Glińska pochodzi spod Wielunia . Tam do 1940 r. rodzice jej mieli gospodarstwo. Niestety w skutek kolonizowania tych ziem Niemcami z Wołynia, cała gospodarka została zabrana. 20 marca 1942 r. wszystkich domowników obudziło walenie w okno, była 1.00 w nocy. Nakazano ubrać się ciepło, zabrać ze sobą tylko pierzynę i poduszkę. Resztę dobytku należało zostawić. Niemcy wszystko oplombowali, a mieszkańców zawieziono do Wielunia. Tam ich przebadano, załadowano do wagonów towarowych i wysłano do Rzeszy. Stacją docelową okazało się być Arnswalde czyli Choszczno. Po przyjeździe, niemieccy gospodarze już na nich czekali i rozpoczęły się między nimi kłótnie o robotników. Rodzina p. Glińskiej tzn. Ona, ojciec i brat została przyjęta przez bauera z Rzecka (matka przebywała we Francji), który zakwaterował ich w swoich zabudowaniach. Gospodarz ten przejął gospodarstwo w Rzecki w wyniku zamiany za kamienice w Berlinie. Jak się później okazało była to fatalna zamiana. Praca trwała od godz. 7.00 do 22.00. Na wyżywienie nie narzekali, bauer często sprzedawał im swoje mięso. Polacy nie dostawali kartek na wieprzowinę, dlatego chętnie z tej oferty korzystano. (Natomiast takowe kartki dostawali Ukraińcy). Po klęsce Francji do Rzecka przybyli także jeńcy francuscy, zakwaterowano ich na jednej sali, byli pilnowani przez Wachmajstra. Ukształtowała się swoista mozaika narodowościowa. Rodzina gospodarzy liczyła sześć osób; trzech synów i córka. Jeden z synów Herman służył w wojsku w Norwegii, drugi Ferdynand usamodzielnił się i miał sporą gromadkę dzieci. Pani Glińska wspomina ich z sympatią, uważa że zapewnili im godne warunki bytowania oraz szerszy dostęp do żywności np. ojciec jej dostał nawet małego prosiaka do hodowania. Przydał się on dla urozmaicenia pożywienia. Często była śmietana, a każdy z robotników otrzymał 0,5 kg. cukru. Znalazło się też w Rzecku kilku muzykantów, organizowano więc przyśpiewki i małe zabawy. W zasadzie Rzecko pozbawione było stałego nadzoru policyjnego. Wachmajster, którego wszyscy się bali, mieszkał w Choszcznie i o jego przyjeździe ostrzegał nawet żandarm z pobliskiej wioski. Również nie przestrzegano nakazu noszenia liter „P”. A wspomniany żandarm zjawiał się okazyjnie, ewentualnie grzecznie ostrzegał aby nosić litery. Dobre traktowanie Polaków wynikało również z tego, że przed wojną w rejonie tym masowo pracowali robotnicy sezonowi z Polski np. w Kiełpinie, w majątku, istniały specjalne dla nich przygotowane pomieszczenia. Ze wszystkich przebywających w Rzecku robotników przymusowych najlepiej traktowano Ukraińców. Mieli trochę uprzywilejowaną pozycję, a jednego z nich obawiano się szczególnie, gdyż potrafił grozić donosem. Niestety tak było także w przypadku wspomnianej kapeli. Gra w wolnych chwilach przeszkadzała mu i trzeba było ograniczyć potańcówki. Cyklicznie do wsi przyjeżdżało kino i nikt nie zabraniał robotnikom chodzić na seanse. W kościele katolickim ks. Jordan, duszpasterz szczególnie szanowany przez Polaków (mówił po polsku) – oficerów Oflagu Arnswalde II „B” -zorganizował także msze dla Polaków. Po mszy za 15 marek były urządzane również zabawy taneczne. Uczestniczyli w nich jeńcy – szeregowcy z baraków po drugiej stronie obiektów koszarowych. Czas płynął szybko, do Rzecka nie docierała prasa, więc wiadomości czerpano z kina i plotek. Praca była ciężka i męcząca, oczywiście były w Rzecku rodziny bauerów, którzy o wiele gorzej traktowali swoich robotników. W roku 1943 zmarła jak mówią z tęsknoty p. Woźniak Władysława z Raczyna k. Wielunia. Pochowana została na przykościelnym cmentarzu. Przywieziono ją na roboty z zawansowaną chorobą serca, a ponieważ część rodziny została k. Wielunia, bardzo się o nich martwiła. Ta jej troska pogarszała stan zdrowia, aż serce nie wytrzymało. 05.12.1944 r. kilku młodych robotników wysłano do Starego Osieczna na kopanie okopów. Zorganizowano tam potężny obóz dla setek robotników. Praca była tam ciężka, intensywnie kopano na trzy zmiany. Po ich zakończeniu nikt robotnikami nie chciał się zajmować, gdyż front był bardzo blisko. Wiec każdy działał na własna rękę. Znalazł się chłopiec z Suliszewa – Polak, który miał furmankę. Zabrał bagaże i dodatkowo trzy dziewczyny. Jechali do zmroku, aż natchnęli się w jednej z wiosek na pusty ale ogromny dom. Pewnie przed ich przybyciem właściciel go opuścił. Nazajutrz jechali już w kolumnie niemieckich uciekinierów i tak dostali do Zieleniowa , a stamtąd po drodze do Suliszewa, zatrzymali się w Antoniewie w domu Funka – żandarma , który ich nadzorował . Pozostawione zwierzęta wymagały uporządkowania , wiec Niemcy zagnali ich do roboty. Że są w Antoniewie dowiedział się jej ojciec i stary bauer przyjechał po nią. Gdzieś około 02.02. do Rzecka weszli Rosjanie, namawiali do ucieczki ponieważ miały tu toczyć się walki. Tak rozpoczęła się istna zabawa, gdyż przemieszczając się na wschód, w zależności od tego jaki radziecki oddział mijali, to zabierano to dawano im konia. To kilka kilometrów do przodu i kilka do tyłu. Wędrówka ta ostatecznie skończyła się pod Dobiegniewem, skąd trafili do Stargardu Szcz. i dopiero 28 sierpnia 1945 roku mogli wyjechać do Wielunia.

Fot. Sieniawa Drawieńska. Cmentarz rodziny Schnabel napisy na, prawym kamieniu zostały wykonane przez polskiego robotnika przymusowego. Po latach zaniedbania cmentarz uporządkowała jednostka z Drawna.
Fot. Sieniawa Drawieńska. Cmentarz rodziny Schnabel napisy na, prawym kamieniu zostały wykonane przez polskiego robotnika przymusowego. Po latach zaniedbania cmentarz uporządkowała jednostka z Drawna.

Francuzi dość licznie przebywali w miejscowościach dzisiejszej gminy Drawno. Byli w samym mieście, gdzie przez pewien czas przetrzymywano ich w pomieszczeniach sądu (dzisiejszy UM i G). Przybyli oni w 1940 r. po przegranej kampanii. Drugim miejscem była Sieniawa. Zatrudnieni byli tak jak Polacy, do prac w polu. Na wiosnę 1941 roku zorganizowali tam ucieczkę, uciekło trzech Francuzów. Schowali się w specjalnie na tę okoliczność przygotowanych workach, takich jak worki na eksportowane do Portugalii ziemniaki. Worki z Francuzami umieszczono razem z workami ziemniaków. Wagon był odpowiednio ocieplony, więc został zaplombowany i bez przeszkód dojechał. Ucieczka się udała. Wg. relacji p. Schnabel uciekinierzy mieli przesłać kartkę pocztową ze słonecznego Maroka lub Hiszpanii. Francuzi uważani byli za wykwalifikowaną siłę roboczą. W Sieniawie byli lubiani, cieszyli się wzięciem u miejscowych kobiet i nikt nikogo tu nie powiesił. Jeden z nich wytrwał z właścicielem Sieniawy do końca ich ewakuacji, gdyż nawet kierował ciągnikiem z przyczepą ewakuujących się. Zgrupowanie jeńców francuskich znajdowało się także w Kiełpinie przy skrzyżowaniu z drogą do Recza. Również w Podegrodziu była grupa ok. 30 jeńców, którzy zakwaterowani byli w istniejącym do dziś domku.
Zupełnie odmiennie traktowani byli Rosjanie. Byli bardzo mocno pilnowani. Głównym ośrodkiem ich rozmieszczenia był wojskowy teren tzw. MUNA LAGER. Nazwa ta została błędnie przetłumaczona i w literaturze tematu występuje jako obóz. Jest to nieprawda, gdyż MUNA LAGER to magazyn amunicji, a konkretnie składnica materiałów wojennych. Jeńcy pracowali na rzecz tej składnicy. Byli niedożywieni i była wśród nich duża śmiertelność. Dowódca składnicy chcąc zaradzić problemowi żywności doszedł do porozumienia z właścicielem majątku w Sieniawie i codziennie oddelegowywał na rzecz Sieniawy ok. 100 jeńców. Dzięki czemu majątek ich dożywiał. Decyzja o oddelegowaniu Rosjan do pracy w Sieniawie nie zmieniła procederu ich bicia. Fakt bicia potwierdzają mieszkańcy wioski. Prace na roli Rosjanie wykorzystywali do dożywiania kolegów w obozie, dlatego kradli, szczególnie ziemiopłody. Wiadomo również, że część jeńców rosyjskich trzymana była w samej Sieniawie. Podczas remontów przeprowadzonych po wojnie w pałacu znaleziono kartki zapisane po rosyjsku, również na ścianach w piwnicy były rosyjskie napisy. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w Drawnie na terenie przyległym do jednostki wojskowej znajdował się mały obóz jeniecki dla radzieckich jeńców wojennych. Żołnierze Ci byli ujęci w strukturę batalionową i stanowili część 102 Arbeitsbataillons, jednego z dwóch jakie utworzono w okręgu szczecińskim. Oprócz Drawna 102 Abat. wykonywał pracę w Golczewie i Grzybowie. Zagłodzenie i nadmierna eksploatacja tej siły roboczej zrobiła swoje, śmiertelność wśród jeńców radzieckich była duża. Brak opieki lekarskiej powodował, że również przypadki mało groźne kończyły się źle. W relacjach ustnych pierwszych osadników pojawia się motyw epidemii tyfusu i spalenia żywcem wszystkich chorych w jednym z obozowych baraków. Czy tak było ? Przeprowadziliśmy na własną rękę poszukiwania. W miejscu, gdzie były baraki znaleźliśmy jedynie nóżkę od piecyka – kozy. Natomiast we wskazanym przez p. Dzierbunowicza miejscu, (który widział zwęglone kikuty baraku) przebiega teraz zaorany pas i wejście tam grozi wielkim niebezpieczeństwem, gdyż znajduje się na obszarze chronionym. Zbytnio nie chce się wierzyć aby w obozie podległym Wehrmachtowi w pobliżu miasteczka doszło w 1944 r. do takiej zbrodni. Możliwe jest, że spalił się barak a mroczną historie dopowiedziano. Natomiast wykluczyć spalenia chorych nie można. Oprawcy mogli otrzymać komendę likwidacji wszystkich chorych. Rozstrzeliwanie wymagało wiele zachodu, także częstego bezpośredniego kontaktu z chorymi, ponadto taka zbrodnia byłaby w tym terenie słyszana. Więc spalenie pod pozorem pożaru baraku było też dobrym rozwiązaniem. Osobiście wątpimy, choć nie wykluczamy tej zbrodni. Dlatego o wyjaśnienie jej zwrócono się do IPN. W Podegrodziu również pracowała spora bo ok. 30 osobowa grupa jeńców rosyjskich. Zakwaterowani byli w budynku ogrodzonym drutem kolczastym. Do dziś widać ślady po tym domu, tuż obok budynku po Francuzach. Również jesienią 1944 r. grupę tą zabrano. Duża umieralność wśród jeńców była także zauważana przez byłych mieszkańców Sieniawy. Zmarłych chowano na prowizorycznym cmentarzu w okolicy kolonii Wiśniewo. Dziś nie ma tam śladu mogił, dlatego jest on niemożliwy do dokładnego zlokalizowania. Z relacji mieszkańców kolonii wynika, że zmarłych ekshumowano i wywieziono na cmentarz wojenny w Choszcznie. Natomiast p. Dzierbunowicz twierdzi, że co najmniej ci spaleni leżą gdzieś w lesie. Niestety, drzewa przez lata wyrosły i zmienił się wygląd lasu, dlatego nie może już wskazać miejsca, gdzie widział mogiłę. Los rosyjskich jeńców dobitnie świadczy, że Drawno było rejonem cierpień. Dziwne też się wydaje, że od kilku lat podkreśla się zniszczenie i podpalenie 30 pustych budynków, a nikt nie zaduma się nad losem powieszonego Polaka czy wielu zamęczonych żołnierzy.
Trzecią grupę jeńców, którzy zatrudnieni byli w Drawnie byli żołnierze armii jugosłowiańskiej. Wykonywali to samo co ich poprzednicy. Oprócz tego, że byli bardzo wysocy i mieli ładne pagony, nic o nich więcej nie zapamiętano. Byli też i Włosi , pojawili się na krótko w Podegrodziu i później ich przeniesiono, tak jak Serbów. Zwartą grupę narodowościową stanowili Ukraińcy. Dużo Ukrainek zatrudnionych było w Sieniawie. Wyróżniały się niesamowitą czystością, czego symbolem były ich śnieżnobiałe chusty. W Sieniawie zakwaterowani byli tzw. „Własowcy”, trudno dziś określić ich dokładną przynależność organizacyjną. Na pewno byli to Rosjanie w służbie niemieckiej. Sądzić należy, że wykorzystywano ich do celów nadzorczych swoich pobratymców, którzy nie zgodzili się na kolaborację. Przebywali tam razem z rodzinami. Często muzykowali, śpiewali i tańczyli. Ponoć wytworzyli w majątku swoistą modę na rosyjskość? Należy tylko się domyślać jaki ich spotkał los. A może to oni spoczywali pod dzisiejszym wjazdem do weterynarii.

Fot. .Drawno. Kapliczka postawiona przez miejscowe środowisko wojskowe dla upamiętnienia jeńców wojennych i robotników przymusowych przebywających w gminie Drawno w latach 1939 – 1945.Proj.A.Szutowicz
Fot. .Drawno. Kapliczka postawiona przez miejscowe środowisko wojskowe dla upamiętnienia jeńców wojennych i robotników przymusowych przebywających w gminie Drawno w latach 1939 – 1945.Proj.A.Szutowicz

Wkład włożonej pracy przez jeńców i robotników przymusowych był znaczny. Zajęcie Drawna przez Armię Czerwoną spowodowało, że tak naprawdę pierwszymi polskimi mieszkańcami Drawna byli robotnicy przymusowi np. Knyrowicz Antoni, Kardyś Michał, Kuźmicz Jan, Ulicz Konstanty, Wiśniewski Franciszek. Włączyli się oni w dzieło organizacji życia powojennego Drawna, zajmując w mieście także eksponowane stanowiska. Należy również sądzić, że złe traktowanie jeńców czy robotników w czasie wojny miało pewien wpływ na akty zabójstw kilku przedstawicieli ludności niemieckiej. W miesiącu kwietniu 1945 r. Drawno było punktem zbiorczym dla Francuzów i Anglików.

Dziś oprócz kapliczki jednym z nielicznych świadectw pobytu polskich robotników przymusowych jest kamień nagrobny wykuty przez jednego z Polaków zatrudnionych w majątku w Sieniawie. Kamień ten znajduje się na miejscowym cmentarzyku

Andrzej Szutowicz, Marian Twardowski

Literatura:
Dr Eva Küssner – Schnabel „Meine Erinnerungen an die Kriegsgefangenen in Schönow”.
Grucjan Bojar Fijałkowski –Losy jeńców wojennych na Pomorzu Zachodnim i w Maklenburgii s. 245 Wyd. MON 1979
Franciszek Wiśniewski – Relacja ustna
Władysława Glińska – Relacja ustna
RK.: „Was der Mensch sät, das wird er eratem”
Tomasz Dzierbunowicz – Relacja ustna