Listopad 5

I TU TEŻ WIESZANO

Motto;

…„Patrzyliśmy znów na to przez druty.
My ich oficerowie.
Tak jak patrzyliśmy na polskiego chłopca
kopanego w naszej obecności przez Niemca
I dawniej przez płot koszarowy w Radomiu
patrzyliśmy,jak Niemcy bili po twarzy kobiety.
Patrzyliśmy na to wszystko wówczas i teraz.
My,oficerowie.
My, żołnierze. my silni, zdrowi mężczyźni,
którym zawierzono. Którzy mieliśmy bronić”…

Marek Sadzewicz „Oflag”

I TU TEŻ WIESZANO

W powiecie choszczeńskim pracowało w latach 1939-1945 wiele tysięcy robotników przymusowych. Początkowo byli to wyłącznie Polacy lecz w miarę kolejnych niemieckich podbojów powstała tu swoista mozaika narodowościowa.
Traktowano ich różnie od życzliwości po wyzysk i nienawiść. Najlepszy obraz tych stosunków daje lektura spisanych ludzkich wspomnień.
Prawdziwą skarbnicą jest zbiór Polskiego Towarzystwa Historycznego w Słupsku. Znajduje się on w Bibliotece Głównej miejscowej Akademii Pomorskiej. Dzięki uprzejmości pracujących tam pań (od szatni do czytelni) udało mi się większość z nich przejrzeć Tak urozmaiciłem sobie pobyt w tym mieście w ramach V Kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Napoleońskiego.
Przeglądając teczkę po teczce, kartka po kartce wyłaniał się obraz rzeczywistości wojennej znanych mi miejscowości. Nie zauważyłem nawet, że panie z niecierpliwością zerkają na mnie, byłem jedynym czytelnikiem w tym pokaźnym budynku, a czas ich pracy się skończył – przepraszam. System wyzysku podbitych narodów zorganizowany był centralnie i trudno jest mieć pretensje o to do samych mieszkańców niemieckich wsi i miasteczek. Natomiast w gestii pracodawcy było zorganizowanie warunków pracy i warunków socjalnych.On też ponosił pełną odpowiedzialność za traktowanie przydzielonych mu robotników. Trzeba pamiętać, że gro z robotników zostało wyrwanych z swoich rodzinnych domów, często znajdujących się bardzo daleko (np. na kresach). Inni, byli jeńcy wojenni, zostali zmuszeni do pozbycia się jenieckiego statusu i pozbawieni praw jenieckich lądowali w bauerowskich zagrodach. Przybywając do nieznanych niemieckich miejscowości byli zagubieni, wystraszeni, często bezradni i te pierwsze dni kształtowały w nich stosunek do miejscowych mieszkańców. Natomiast dla tej drugiej strony był to sprawdzian z człowieczeństwa.
Stosunek autorów wspomnień do wyzwolenia przez Armię Czerwoną powoduje, że jest to ciekawa lektura także dla tych, których gnębią dylematy czy było to wyzwolenie czy zdobycie. Obraz wojennej rzeczywistości wspomnień w zasadzie nie odbiega niczym od tego przedstawionego w relacji p. Władysławy Glińskiej z Drawna (Stolik Kawaliery; „Jeńcy i robotnicy przymusowi w Drawnie…”) wiele faktów jeszcze bardziej ją uwiarygadnia. Wszyscy są zgodni, pracowali ciężko.

„Pracowaliśmy do upadłego. Tempo pracy było mordercze…. Byle szybciej, byle ludzie coś robili, byle nie rozmawiali, byle nie myśleli. Herr inspektor śmiał się, gdy spoceni i pół żywi wracaliśmy do domu”

(L.Malczyk „Radaczewo w posiadłości Frűtza Blűdorna”)

… mówił do nas, a teraz idźta spać, odechce się wam tych rozmów”.

„Kiedy było nas w Boninie początkowo kilku Polaków, to czas pracy określano każdego dnia. Wtedy pracowaliśmy po dziesięć godzin i więcej Od 1943 roku Fritz Puttkamer – właściciel dób – sprowadził z Arbeistsamtu większą ilość Polaków. Było nas wtedy 30 osób. Zorganizowano obóz pracy. Zamieszkaliśmy wszyscy razem” (A. Sawin).

Obozów w okolicy było wiele mimo, że ich nazwy były różne to przeznaczenie było wspólne PRACA, PRACA, PRACA.
Funkcjonowały więc jako: Kiegsgefangenelager (Bierzwnik), Russenlager (Breń), Flűchtingenlager (Choszczno), Bauleitungslager i Baulager (Drawno), Ausländerlager (Kołki, Zamęcin, Przybysław), Waldlager (Osieczno) Arbeitslager (Pławno, Radaczewo), Ausländerarbeitslager (Recz), Wohnlager (Suliszewo), Polenlager (Zieleniewo), Lager (Święciechów, Rębusz, Krzęcin). W Wardyniu (byli tu Anglicy – 32), Rakowie, Święciechowie, Korytowie i innych miejscowościach pracowały grupy jeńców wojennych (T. Gasztold). Praktycznie w każdej wsi zatrudnieni byli robotnicy i jeńcy. Ogólnie w powiecie Choszczno istniały 53 jenieckie grupy robocze (dla porównania Wałcz 69, Drawsko Pom. 73). Nadzór nad wiejskimi obozami powierzono Pomorskiemu Związkowi Chłopów stąd bezpośrednimi nadzorcami były organy terenowe tego związku, a konkretnie jego członkowie (Ortsbaurernfűhrer).
Bywało,że do lagrów zawitał głód

„…Jestem w lagrze i cierpię straszną nędzę.Jestem głodny i nagi”

dramatycznie pisał z Drawna Stanisław Flik

”Z czasem pracy było różnie: Próbowałem także prosić Niemkę, żeby przełożyła mi pracę z niedzieli na inne dni” wspomina w swojej relacji Jan Ciosmek z Zamęcina. Lecz Niemka mimo, że była ewangeliczką na to się nie zgodziła. Chodziło o to, aby nie zarzucono jej iż zatrudniony u niej Polak chodzi bez zajęcia.”

Rozmów nie lubiano w Suliszewie

„Musiałem pracować w niedzielę i święta w wypadku uchylania się od zajęć – co próbowałem robić – „baor” meldował żandarmowi, który zjawiał się i bił mnie, gdzie popadło (S. Krasucki).

W tym przypadku takie traktowanie miało także na celu uniemożliwienie kontaktów z innymi Polakami.
J. Połomski za rozmowę z Polką tak oberwał, że trafił do lekarza w Choszcznie i otrzymał 3 dni zwolnienia z pracy. Ogólnie o lekarzach choszczeńskich panuje opinia dobra. Szczególną życzliwość dla Polaków okazywał dr Edwin Berth. W Choszcznie pracowali Polacy, Włosi, Francuzi, Holendrzy jak podają autorzy wszystkich robotników było około 2000. Oczywiście jest to liczba szacunkowa i to „na oko”.
Edmund Marcinkowski zapamiętał, że w mieście Polakom nie wolno było chodzić chodnikami. Ciężko pracowało się w choszczeńskiej cukrowni. Praca w podłych warunkach trwała na dwie zmiany po 12 godzin bez ubrania ochronnego i butów ochronnych. Zatrudnieni tam Polacy często chorowali. Nierzadko posyłano Polaków do prac dodatkowych. Na ogół zgodne są opinie odnośnie traktowania rzemieślników, byli oni swoistą arystokracją wśród robotników.

„Miałem dużo swobody pracując w rzeźnictwie. Kiedy właściciel przekonał się, że znam się na robocie powierzył mi samodzielną pracę – wspomina zatrudniony w Choszcznie Czesław Leśniewski –„… nakrył mnie, gdy przekazywałem kiełbasę kolegom. Nie zameldował policji oświadczył, że nie chce stracić dobrego pracownika”

.Nie miał takiego szczęścia Wojciech Jośko. Pomówiony trafił do choszczeńskiego „gestapo”, tam dniami był więziony w gołej celi na betonowej posadzce.
Dla urozmaicenia wpuszczano do niego rozwścieczone psy. Ponieważ nie przyznał się do stawianych mu zarzutów po jakimś czasie został wypuszczony. Czasem z upokarzającej sytuacji można było trafić w życzliwe ręce. Podobnie jak J. Połomski. W Choszcznie w okolicach „Wałów Piastowskich” był swoisty targ niewolników „bambry” wybierały sobie wystawionych tam (niczym murzynów) robotników. Połomskiego wybrała Maria Tabert jak się później okazało bardzo życzliwa ludziom kobieta. Mimo, że we wsi działał uchodzący za drania „obserwator” Hugo Schmidt kobieta ta nie zmieniła swego postępowania w stosunku do Połomskiego. Inny robotnik Jan Pacholczyk miał pecha, gdyż trafił do kobiety, której mąż zginął na froncie. Kobieta ubliżała mu i ogólnie był źle traktowany. Złożył więc na nią skargę i uznano jego racje został przeniesiony do Drawna i od niego możemy się dowiedzieć, że razem z nim w Drawnie pracowali również Włosi (około 100), Polacy (100), Francuzi (50) i Rosjanie (150).
Właścicielem Korytowa był pewien junkier stosował wobec swoich robotników czysto wojskowe metody. Organizował apele, na których niczym rozkaz odczytywano stosowne zarządzenie „Pana”. Dotyczyły one zagadnień od dyscypliny pracy poprzez spędzanie czasu wolnego aż po udział w nabożeństwach. Oczywiście jak w wojsku bywa udzielał także publicznych pochwał zatrudnionym np. przy żniwach czy też młócce. Był tam czas i na zabawy np. organizował dożynki podczas, których częstował piwem. W tych uroczystościach nie brali udziału jeńcy radzieccy dla nich także nie było piwa (J. Karpisz).
Ogólnie stosunek do Rosjan-jeńców był zły lub obojętny nie ulega wątpliwości, że w najlepszym razie traktowani byli na granicy człowieczeństwa. Jednak patologiczne przykłady jak ze Smolenia nie były częste. Tam poniżenie doszło do zenitu właściciel Steiger nie dość, że głodził Rosjan to jeszcze nie dał naczyń. Kazał Rosjanom zrobić koryto z drzewa i tam wlewał im brukwiową zupę. Patologiczne było Suliszewo ze swoim ośrodkiem H.J. „Wachman bił na każde wezwanie bauera”. Dwóch oficerów, którzy wydostali się na zewnątrz Oflagu II B w słynnej ucieczce kanałami ciepłowniczymi ukryło się w stogu siana. Miejscowy gospodarz Burow (ponoć na skutek donosu innego robotnika z naszywką OST) przyuważył ich, wziął dubeltówkę i zaczął strzelać śrutem w ten stóg. Nieszczęśnicy poddali się i „wrócili” do obozu (Stanisław Krasucki).
W Zieleniewie było 50 jeńców oraz 100 Polaków robotników przymusowych, 50 Rosjan, 20 Francuzów. Jednym z jeńców był Fierka Bernard. Wspomina, że w Zieleniewie wiejska młodzież źle odnosiła się do Polaków. Dochodziło do ekscesów, w których młodzi rzucali nawet w robotników kamieniami. Gdy zmarł jeden z robotników Walerian Kampera władze nie zezwoliły na wystawienie zwłok w pokoju domu, w którym mieszkał, dlatego ciało ułożono w stodole. Na uroczystości pogrzebowe zjechała się z okolicy prawie „cała niewolnicza Polska”. Śpiewano tradycyjne polskie pieśni pogrzebowe. Niemcy, niektórzy z ciekawością, a niektórzy z obawy obserwowali te uroczystości. Sprowadzono nawet obstawę policyjną. Pogrzeb stał się manifestacją narodowej solidarności. Musiał zrobić duże wrażenie na Niemcach, gdyż wskutek stanowczej postawy władz do podobnej uroczystości już nigdy nie doszło. Oprawę religijną zapewnił ksiądz z parafii katolickiej w Choszcznie. Relacja B. Fierka to kolejne potwierdzenie faktu, że ksiądz znał język polski. Fierka pisze nawet, że z krewnymi zmarłego Cichoszami rozmawiał po kaszubsku bo ksiądz sam miał być Kaszubą. Ponieważ inny robotnik twierdzi, że był on Ślązakiem trudno jest tę sprawę rozstrzygnąć. Ksiądz mógł po śląsku, a Cichosz po kaszubsku konwersować i na pewno się dogadali, a dla B. Fierki ta konwersacja mogła być prowadzona w jednym, kaszubskim języku.
Kościół katolicki w Choszcznie mieścił się przy Hübnerstrasse 4 (dziś Kraszewskiego) W życiu robotników przymusowych spełniał wielką rolę. Wręcz czekano, aby w pierwszą niedzielę miesiąca móc iść na nabożeństwo. Można rzec, że szli wierzący i niewierzący. Po mszy bywało jak na odpuście wszyscy z wszystkimi się spotykali, wymieniali wiadomości, a nawet handlowali. A potem kto chciał szedł do lagru przy koszarach na potańcówki (potwierdza to p. Glińska), które organizowano do 1944 r.
Niestety wydaje się paradoksem, że świątynia, która odegrała tak wielką rolę w życiu Polaków przebywających w czasie wojny w Choszcznie została przez innych Polaków tak źle potraktowana. Niezrozumiałe jest także to,że postać księdza też poszła w zapomnienie. Zastanawia również, dlaczego nie wspominają o nim dawni mieszkańcy miasta. Dopiero ponowne zainteresowanie Oflagiem II B zaczęło ukazywać pozytywną rolę tego kapłana (o dziwo do dnia dzisiejszego tak naprawdę nadal wiemy o nim niewiele). Nazywał się Jordan.Jest to ten sam kapłan który po wywiezieniu księży kapelanów z Oflagu sprawował w obozie duchową posługę.
Wśród robotników przymusowych z okolic Zieleniewa był także ksiądz lecz nie nosił sutanny. Pracował jak inni, wyróżniał się oczytaniem i zasobem informacji, którymi się dzielił. To on przekazywał bieżące aktualności z frontu i z kraju, podtrzymywał ludzi na duchu. Bo wojna jednak trwała. W Zieleniewie, obserwowano naloty bombowe na Szczecin. Bano się bo między Raduniem, a Zieleniewem powstało lotnisko polowe i w czarnych wizjach widziano już lecące na okolicę alianckie bomby. Koło Smolenia samolot (amerykański?) zrzucił paczkę mówiono, że radiostację.
Choszczno było świadkiem tragedii młodych ludzi. Któregoś dnia ulicami miasta szedł pochód młodzieży Hitlerjugend. Z werblami i piszczałkami prowadzono młodą dziewczynę była ostrzyżona. Niesiono uwłaczające jej godności hasła. W tym samym czasie lecz w innym miejscu zgoniono Polaków. Przyjechał samochód i przywiózł młodego żołnierza może miał 19-20 lat. Był byłym jeńcem wojenny, dlatego miał na sobie polski wojskowy płaszcz. Polacy stali w trójkącie, przemówił do nich Ślązak-Niemiec mówił, że Polacy nie będą brudzić niemieckiej krwi, hańbić niemieckie dziewczyny itp. (Zachowała się podobna wypowiedź oprawcy z egzekucji w Mielęcinie;

”Otóż widzita tego Polaka, który będzie zaraz tu wisiał. Niejeden z was jest ciekaw, za co on będzie wisiał. on utrzymywał miłość z niemiecką dziewczyną i został skazany na karę śmierci przez powieszenie. A nasza niemiecka krew jest czysta; który z was popełni,to samo go czeka…” – M. Szeliga).

Okazało się, że poniżana dziewczyna i ów polski żołnierz zakochali się w sobie. Żołnierzowi założono powróz, na dany znak samochód odjechał, zawisł na drzewie nad jeziorem koło stadionu lub tam, gdzie jest stadion.(Wojciech Jośko, Edmund Marcinkowski). Dziewczynę „by chronić ja od grzechu” ponoć wywieziono do obozu koncentracyjnego. W tej samej relacji W. Jośko podaje, że w 1943 roku ogolono i poniżono w Choszcznie inną dziewczynę za to, że dała Polakowi chleb. Pastwić się mieli nad nią niezawodni chłopcy z H.J. (Hitlerjugend), bo

„jest świnią, gdyż podała polskiej świni chleb”.

Dziewczyna obelgi znosiła godnie. Powiedziała, że dała ten chleb dlatego bo chciałaby, aby jej „ojcu na froncie wschodnim też ktoś dał chleb”. W słynącym z HJ Suliszewie „za uczucie” do niemieckiej dziewczyny zabrano Jana Rosiaka, nikt nigdy o nim już nie słyszał.
Opisana tragedia nad jeziorem bulwersuje nie tylko swoim okrucieństwem, ale także małostkowością gdyż nikt nie starał się zapamiętać imienia powieszonego żołnierza. W relacjach nie ma także daty. Edmund Marcinkowski ubolewa, że nie upamiętniono tego miejsca „bo drzewo stoi do dziś”. Dodatkowo sugeruje, że powieszono tam jeszcze kogoś. Fakt wykonania egzekucji na młodym Polaku spotkał się z oburzeniem starszej społeczności Choszczna, dlatego sądzić należy, że sugestia odnośnie dalszych egzekucji w tym miejscu może być nieprawdziwa. Myślę, że fakt zapomnienia o tej zbrodni powinien poruszyć sumieniem. Apogeum wieszania w Choszcznie przypadło na luty 1945 r. Dla wielu bohaterski gen. SS H. Voigt, wieszał i to zdrowo na klatkach schodowych, słupach i domach (E. Marcinkowski). Tym razem nie byli to Polacy lecz swoi wątpiący żołnierze lub jak chcą inni dezerterzy.Niestety trudy życia na robotach wpływały także na psychikę część decydowała się na ucieczki. Jak Ci z grupy skierowanej do Niemieńska dlatego pozostałych przeniesiono w inne miejsca. Zdarzało się, że spotykano przemykających wygłodniałych lecz zdesperowanych Rosjan zmierzających do dawnej granicy polskiej. Spotykano także obłąkanych jak tego pod Zamęcinem. Było to w 1944 r. w okolicznym lesie.

„Spotkałem Polaka (wspomina Andrzej Biełkiewicz) który sprawiał wrażenie chorego umysłowo. Twierdził, że szuka Polski…Przedstawiał obraz nędzy oberwany, brudny, wychudzony.Nieustannie śmiał się. Prosił żeby go zostawić”.

W Suliszewie w lutym 1945 r. spędzono do szkoły Polaków z Pomorza. Szkołę zaryglowano mówiono, że mieli być wszyscy unicestwieni. Słychać było trwożne nawoływania. Na szczęście nikomu nic się nie stało gdyż w porę nadjechał samochód z żołnierzami Armii Czerwonej.
Z walk o Choszczno zapamiętano przybyły z kierunku Drawna 2.02 pociąg pancerny, zestrzelonego Messerschmitta oraz lokomotywę uruchomioną i puszczoną przez Rosjan samopas na zgromadzony na stacji tabor. Według relacji pociąg pancerny miał zakończyć swój żywot pod Kolinem.
wiesz2Fot. Pogrzeb Waleriana Kampera w Zielenienie. Źr. Tadeusz Gasztold. Polacy na robotach przymusowych w rolnictwie Pomorza Zachodniego 1939 – 1945

Ciekawe czy niektóre opisane powyżej fakty zademonstrują członkowie polskich grup inscenizacyjnych którzy szykują się na początek 2007 r. z prezentacją, by pokazać chwałę niemieckiego oręża w czasie walk o Choszczno w 1945 r. Zapowiada się wspaniały piknik. Ma to być wielka inscenizacja bo sprawa jest wielka wszak wyprowadzono wtedy tysiące Niemców cywilów z oblężonego miasta. Na pewno było to ważne wydarzenie z dziejów niemieckich walk na Pomorzu. Natomiast jest pewien aspekt moralny czy wypada się fascynować wspaniale wyglądającymi uniformami zbrodniczych jednostek SS i Waffen –SS (zgodnie z orzeczeniem – wyrokiem Międzynarodowego Trybunału w Norymberdze) i ich kolaboracyjnych pobratymców na ziemi gdzie wcześniej więziono tysiące Polaków i Francuzów w Oflagu II B i w Oflagu II C. Gdzie pozostawiono setki grobów wojskowych i cywili z wielu okupowanych państw europy. Gdzie wieszano ludzi za zwykłe ludzkie uczucie. Gdzie handlowano ludźmi jak niewolnikami. Gdzie bito, poniżano wykorzystywano jako tanią siłę roboczą. Gdzie na ludzi polowano jak na zwierzynę. Czy ze względu na to właściwa jest cisza panująca w Choszcznie wokół tego przedsięwzięcia?

Opracował; Andrzej Szutowicz

Literatura:
Źr. Tadeusz Gasztold. Polacy na robotach przymusowych w rolnictwie Pomorza Zachodniego 1939 – 1945s. 109, 121 (S. Krasucki),122 (Jan Czosnek),127 (A.Sawin),129 (I. Malczyk), 137 (Czesław Leśniewski), 156 i 157 (M.Szeliga)162 (J. Cichosz),164 (J. Karpisz),173 (Stanisław Flik),184 (Andrzej Bełkiewicz ), 263,264. Wyd. Morskie. Gdańsk 1971 r.
Stanisław Krasucki „Byłem niewolnikiem: Suliszewo czasów wojny”
Maria Tarasow „Na robotach przymusowych w powiecie Choszczno”
Roman Zarzycki „W Suliszewie i Bierzwniku 1940 -1945 ”
Wojciech Jośko „Choszczno w latach wojny”
Edward Marcinkowski ”Kilka relacji z pobytu na robotach przymusowych w Choszcznie 1940 -1945”
Marcin Karpisz „Byłem „Niemcem” w Korytowie”
Jan Pacholczyk „Brałem udział w walkach :powiat Choszczno w czasie wojny”
Jan Walczak ”Choszczno 1944 – 1945”
Franciszek Wilczewski „Los robotnika sezonowego w Niemczech /1915-1945 /.”
Mikołaj Karpisz „Na „pomrach ” w Korytowie : wyzwolenie w 1945 r.”
Bernard Fierka „Obrona Wybrzeża, Stalag II E i w Zieleniewie pow. Choszczno”
Józef Połomski „W powiecie Choszczno 1939-1945 r.”
Marek Sadzewicz „Oflag”. s..60. PIW 2005