Listopad 4

VOLKSDEUTSCHE W OFLAGU II B ARNSWALDE

(Czyli o tych którym miało być lepiej)
Volksdeutsche
Volksdeutsche -tym określeniem nazywano Niemców mieszkających poza granicami Rzeszy. W okupowanej Europie cieszyli się pewnymi względami i przywilejami. Z drugiej strony musieli wypełniać wobec państwa Niemieckiego obowiązki do służby wojskowej włącznie.
Od 2 września 1940 roku volksdeutschami mogli się stać przedstawiciele innych narodów niekoniecznie z niemieckim rdzennym pochodzeniem.
W świadomości społecznej Polaków podpisanie tzw volkslisty wyrażającej akces przynależności do narodu niemieckiego poczytywane było jako zdrada. Z drugiej strony na terenach Kaszub, Śląska, Wielkopolski Niemcy stosowali daleko posunięte represje w stosunku do rodzin, które tej listy nie podpisały. Wysiedlenie do Generalnej Guberni należało do najłagodniejszych.
Wielu Kaszubów, Ślązaków, Wielkopolan nie godząc się na przyjęcie niemieckiej narodowości wylądowało w obozach koncentracyjnych czy nawet zostało rozstrzelanych. Mając na uwadze zagrożenie i chcąc uchronić od niepotrzebnych cierpień rząd londyński zezwolił Polakom z wspomnianych dzielnic na podpisanie volkslisty. Oblicza się, że do końca wojny podpisało ją ponad 2.000.000 obywateli II RP. Mimo zgody wręcz agitacji Londynu jeszcze na długie lata tzw volksdeutsche uchodzili w opinii społecznej za zdrajców. Również jako tacy rozpatrywani byli przez władze PRL. Rehabilitacja przyszła w 1950 r.
Jeżeli złożony „akces przynależności do narodu niemieckiego” w obliczu zagrożenia bytu najbliższych znajduje pełne zrozumienie to w sytuacji żołnierzy jeńców z pobitej armii polskiej wyrażona wola „bycia Niemcem spotykała się nawet z pogardą samych Niemców. Problem volksdeutschów istniał w większości oflagów. Dotyczył również Oflagu II B w Choszcznie.

Volksdeutsche w Oflagu II B
Głównym motywem podpisania volkslisty była chęć wyrwania się z niewoli. Lecz o dziwo Niemcy jakby wyczuwając tę intencję zbytnio do zwalniania się nie kwapili. Volksdeutsche jeszcze przez długi okres pozostali jeńcami. Przypadkiem szczególnym jest postać gen .bryg. Brunona Olbrychta. Ten uznawany za twórcę prasy obozowej, propagator idei kształcenia i jeden z animatorów „Teatru Symbolów” w oflagu II B wyrażał tezę, że dla wydostania się na wolność należy wykorzystać wszystkie możliwości z volkslistą włącznie.
Stąd w notkach biograficznych generała często spotyka się wzmiankę o tym, że wykorzystując niemieckie brzmienie swego nazwiska wyraził akces podpisania listy. Czy w jego przypadku to poskutkowało? Faktem jest, że z niewoli został zwolniony poprzez szpital w Warszawie, do którego trafił prosto z obozu. Ostatecznie volkslisty nigdy nie podpisał. Lecz uprzednio wyrażona chęć oraz autentyczna choroba swoje zrobiły i Olbrycht mógł cieszyć się wolnością. Związał się z podziemiem i czynnie działał w AK- owskiej konspiracji ( był dowódcą dywizji AK ). A po wojnie też dość sprytnie przystosował się do PRL-owskiej rzeczywistości.
Volksdeutschów społeczność obozowa nie tolerowała, powszechnie nimi pogardzała. Stanowili swoiste obozowe getto. Byli skazani tylko na siebie, zerwano z nimi wszelkie stosunki społeczne, towarzyskie, koleżeńskie. Nie mogli uczestniczyć w działalności kulturalnej i edukacyjnej. Obowiązywał ich zakaz wstępu do teatru, biblioteki, czytelni, kół zainteresowań i innych instytucji jenieckich. Nie otrzymywali prasy obozowej nie byli objęci jeniecką samopomocą. Wysiedleni mieszkali osobno dusząc się we własnym sosie. Wydaje się, że nienawidzili nawet samych siebie. Niemcy dali im pracę m.in. na poczcie w magazynach i u płatnika. Dawało to im pewną pozycję w obozie lecz jednocześnie wzbudzało większą nienawiść. Tym bardziej, że swoje czynności wykonywali z nadgorliwością wykazywaną często także w stosunku do Niemców. Marek Sadzewicz tak ich scharakteryzował:

„Różne tam były typy. Niewielka grupa ale cała menażeria.Od zwykłego kretyna i wodogłowa, aż do elegancika, studenta o polskim nazwisku, który urodził się w Krakowie i zgłaszając się jako Volksdeutsch, nie umiał po niemiecku ani słowa. Trzeba podziwiać wytrzymałość psychiczną tych typów. A może jakąś podludzką, kretyńską obojętność”.

Najbardziej znanymi volksdeutschami Oflagu II B byli: por. rez. Wiktor Moj, ppor. rez. Roman Wojkiewicz i ppor. Rez. Alojzy Warzecha. Właśnie to Moj zatrudniony był na poczcie, Wojkiewicz jako pomocnika płatnika, a Warzecha w magazynie mundurowym. Wszyscy trzej wzbudzali powszechną nienawiść obozu, dlatego nic dziwnego, że starano się za wszelką cenę usunąć ich z tych funkcji. Dokonał tego płk Witold Morawski, który przekonał niemieckiego komendanta do dokonania tych zmian. Wszystkich trzech zastąpili polscy szeregowcy. Ostatecznie po jakimś czasie Alojzy Warzecha został zwolniony i założył mundur niemieckiej armii. Zwolniono także Wojkiewicza, który został niemieckim urzędnikiem cywilnym ( płatnikiem, kasjerem? ).
Wśród choszczeńskich volksdeutschów był także chor. Rolbiecki. Ten sam, który zdradził Niemcom miejsce ucieczki Polaków z obozu. To dzięki niemu nie zrealizowano w pełni tego śmiałego planu, który gdyby się udał dałby polskim jeńcom czołowe miejsce w historii jenieckich ucieczek II wojny światowej. Wskutek tej zdrady po wydostaniu się 22 jeńców ucieczkę przerwano. Rolbieckiego potraktowano strasznie, został po prostu zapluty przez jeńców,
w konsekwencji przeniesiono go do innego obozu dalsze jego losy są nieznane.
Przeniesienie volksdeutscha wcale nie oznaczało dla niego wyrwania się z matni potępienia. W nowym miejscu niezbyt długo mógł kryć się ze swoją przynależnością. Macierzysty obóz dbał o to, aby wieść o nim dotarła tam gdzie trzeba. Chociaż korespondencja między obozami była zabroniona to miano sposoby porozumiewania się. I bardzo szybko za „nowymi” nadchodziła wiadomość VOLKSDEUTSCH .” I znowu – precz do getta zapowietrzonych”
(M. Sadzewicz).
Solidarność jeniecka była niewzruszona volksdeutsch był wyklęty we wszystkich obozach. Z niewoli nigdy nie wyszedł por. rez. Wiktor Moj leży, gdzieś w rowie koło Czarnego.

Przypadek Wiktora Moja.
Był Ślązakiem odznaczonym za odwagę wykazaną w powstaniu. Mimo, że z natury kłótliwy i ponury cieszył się szacunkiem współjeńców. Dlatego wieść o tym, że podpisał volkslistę zszokowała. Początkowo nie dawano temu wiary lecz fakty przekonywały. Moja przeniesiono do osobnego mieszkania, otrzymał także funkcję kontrolera paczek na poczcie obozowej. Ogłoszono to nawet w rozkazie komendanta nadając mu prawa urzędnika niemieckiego. Tak więc Moj został swoistym urzędnikiem. Zamknięty w obozie w polskim mundurze faktem jest, że na rogatywce nie nosił orła. Pedantyczny bacznie czuwał by wszystkie przepisy były postrzegane. Pilnował by nie docierały do jeńców zabronione artykuły konsumpcyjne, przedmioty i listy. Każdy jeniec otrzymywał raz w miesiącu dwie nalepki paczkowe, które po wysłaniu przychodziły razem z paczką. Bardzo szybko zorientowano się, że stemple na nalepkach dają się wyprać. Stąd wysyłano również te wyprane nalepki, a ilość paczek przychodzących systematycznie wzrastała (nauczono się konspiracyjnie drukować nowe nalepki ).Moj rozszyfrował ten system. Gdy przychodziła paczka z zagranicy jeniec musiał przy odbiorze oddać własną nalepkę. Gdyby nie Moj o tej praktyce dawno by zapomniano. Rewidując paczki mieszał proszki z żywnością, kaszę z cukrem itp.
Paczki dla jeńców miały rangę wręcz kultową, nosiły w sobie wielki potencjał emocjonalny. Stąd nienawiść do Moja była powszechna. A ponadto okradał paczki uszkodzone. Był starszym między volksdeutschami w jego mieszkaniu odbywały się ich odprawy. Trzeba przyznać, że Moj dzielił się z nimi tym co ukradł. Moj zaczął zagrażać konspiracji obozowej stał się wrzodem, który należało usunąć. Jego królestwem była poczta lecz kiedy wychodził na obóz stawał się zwykłym volksdeutschem, jednym z pogardzanych wyrzutków poza nawiasem społeczeństwa. Przebiegał chyłkiem do swego mieszkania szybko by nie zostać oplutym. Ryglował drzwi, gasił światło by nie oberwać cegłówką. Nawet do latryny przemykał po kryjomu, gdyż mógł przypadkiem skąpać się w kloakę (Sadzewicz). Moja zaczęli bać się także skorumpowani Niemcy więc stosunkowo łatwo przyszło płk Morawskiemu doprowadzenie do jego usunięcia z poczty. Stał się nikim.
Moj miał na Śląsku żonę z dziećmi. Powstaniec oficer WP, który podpisał volkslistę zesłał na rodzinę powszechne potępienie środowiska. Dzieci zaczęły wstydzić się ojca, a ponadto były narażone na szykany. Szanowana spokojna rodzina stała się wyklęta. Żona zaczęła przeklinać Moja. A konsekwencje volkslisty szły dalej, synowie zostali wcieleni do niemieckiego wojska. Jeden zginął, a drugi wrócił bez nogi.
W przeciągu kilku miesięcy przystojny Moj zmienił się w wynędzniałego starca aż siadła mu psychika. Działo się to już w Gross Born. Pewnego dnia siwy wynędzniały starzec w jednej koszuli biegł bezwładnie przed siebie co chwila padając na ziemię aż w okolicach drutów na uniesieniu zakręcił się kilka razy i padł na ziemię. Jeńcy przyglądali się temu, ale nikt nie wołał o pomoc, nikt nie podszedł. Po jakimś czasie przyszedł żołnierz niemiecki z dwoma sanitariuszami z noszami. Sanitariusze z nieukrywanym wstrętem wrzucili ubabranego w błocie na nosze. Po obozie rozniosła się wieść ” Moja diabli wzięli”. Przewieziono go do szpitala w Czarnem ( Stalag II B Hammerstein ) tam umieszczono go z Polakami lecz Ci zorientowali się, że to volksdeutsch zarządali jego usunięcia. Przeniesiono go do Francuzów, ale Ci go również wyrzucili. Trafił do Serbów, a Ci tak samo wyrzucili Moja. Tak Moj umarł. Nikt nie chciał go grzebać. Aż przyszli własowcy i gdzieś go zakopali. Bez szacunku, bez modlitwy bo czegoż można było wymagać od własowców w Stalgu II B Hammerstein.
Nienawiść na Moja przetrwała i mimo dziś innego spojrzenia na volksdeutschów będzie trwała dopóty żyć będzie ostatni jeniec Oflagu II B.

Opracował; Andrzej Szutowicz

Literatura;
Marek Sadzewicz „Oflag” str.105 – 108.Wyd. PIW W-wa.2005 r.
Józef Bohatkiewicz „Oflag II B Arnswalde”. Wyd Ksiażka i Wiedza 1974 r
Juliusz Pollack „Jeńcy polscy w hitlerowskiej niewoli”str.129 .Wyd.MON 1981r.