Listopad 4

FRANCUZI W CHOSZCZNIE –PIERWSZY TURNUS, INNE SPOJRZENIE

fraKapitulacja Francji prawie bez walki była dla nas kolejnym ciosem po własnym upadku.
Ale upadku jakże innym – w walce, w której ponieśliśmy olbrzymie ofiary. W ostatniej, jeszcze walczącej grupie generała Kleeberga, otoczonej ze wszystkich stron Niemcami, po rozkazie złożenia broni- widziałem żołnierskie łzy, spływające po wychudłych, sczerniałych policzkach. I jedynie, co mogli oni jeszcze zrobić, by nie oddać przynajmniej broni nieprzyjacielowi – to roztrzaskać swoje karabiny o drzewa.
Tu zaś już pierwszy rzut oka na przybyłych jeńców francuskich wywołał wśród nas odruch niechęci.. Na placu apelowym robili wrażenie jakby przybyli na wycieczkę- beztroskie głośne rozmowy, nawoływania się. Wszyscy bez wyjątku nie wyglądali na żołnierzy zabranych z pola walki,
a raczej z kasyna oficerskiego. Prawie każdy miał walizkę, neseser lub torbę podróżną. Ktoś patrząc przez okna warknął : – To pewnie turyści.
Jeden specjalnie zwracał na siebie uwagę swoim umundurowaniem; miał na sobie kurtkę wojskową, chyba cywilne pumpy, pończochy pod kolana oraz nowiutkie półbuty koloru pomidorowego.
Jakże inaczej wyglądali polscy oficerowie wprowadzeni przed rokiem na tenże plac. W ogromniej większości mieli mundury mocno sfatygowane, niektórzy nawet bez czapek, niejeden był obandażowany. Francuzów nie od razu rozlokowano, musieli czekać na placu. Niektórzy nie tracili czasu, z miejsca siadali na swoich rzeczach, walizka zastępowała im stół i już rżnęli w karty, inni rzucali kości…. pozostali spacerowali. Na czas przybycia i rozlokowania Francuzów polskich jeńców izolowano w koszarach, a okna, jak zawsze w takich przypadkach, musiały być zamknięte. Polacy przez szyby obserwowali sojuszników z mieszanymi uczuciami – zainteresowania i głębokiej niechęci.
U niektórych niechęć posunięta była aż do pogardy. Na domiar złego Francuzi całkowicie ośmieszali się, gdy po rozlokowaniu się szli przez plac na obiad. Maszerowali teraz we wzorowym szyku, czwórkami, a każdy miał przewieszoną przez ramię, białą serwetkę, w drugiej zaś ręce trzymał wysokie kieliszki do wina. Szli na obiad składający się z miski zupy brukwianej. Sądziliśmy, że po pierwszym obiedzie zorientują się w niewesołej rzeczywistości. Ku naszemu zdziwieniu przez następne dni z dziwnym uporem nosili i serwetki i kielichy, idąc w szyku jak na defiladzie.
Wkrótce to im przeszło.
Nie nawiązaliśmy z nimi łączności, jedynie nieliczni, prawdopodobnie dla konwersacji, odwiedzali Francuzów w barakach. Przez nich docierały do nas informacje. Jeden z Francuzów chwalił się, że oddał Niemcom czołg bez jednego strzału, tak jak to zrobili inni.
Czas jednak robił swoje, a żywiołowość francuska stopniowo zjednywała Polaków.
W niedługim czasie do składanego programu w naszym teatrze Francuzi włączyli parę swoich występów, przyjętych przez widownię życzliwie. Najwybitniejszym jednak ich osiągnięciem, i to
w bardzo krótkim okresie, było zorganizowanie wyścigów konnych. Hazard najczystszej wody.
W baraku kaplicznym zrobili wielometrowej długości tory. Każdy koń miał swój tor i dla każdego konia kolejno rzucano kości; w ten sposób drewniane rumaki skokami zbliżały się do mety.

fra1Obstawiano konie według wszelkich prawideł obowiązujących na wyścigach . Podniecenie graczy,
a grali i Francuzi i Polacy, było absolutnie nie mniejsze jak przy normalnych totalizatorach. Płacono
i wypłacano papierosami. Po kilku miesiącach, może po pół roku, wywieziono Francuzów do jednolicie francuskiego oflagu . Wzięli oni z sobą całą „ stajnię wyścigowych koni”. Znacznie później, chyba po dwóch latach, wskutek akcji Pètaina , Francuzów przeniesiono
z parszywych baraków w Grossbornie do ciepłych i wygodnych koszar w Arnswalde, gdzie mieszkaliśmy,
a Polaków do Grossbornu. Przy tej okazji nastąpiło ponowne spotkanie z Francuzami. Spotkanie to odbyło się na odległość i trwało bardzo krótko. Znów przed wyprowadzeniem Francuzów zamknięto nas stłoczonych do koszar po jednej stronie placu, a po upchaniu Francuzów do koszar po drugiej stronie z kolei ich zamknięto, a nas ustawiono na placu do wymarszu. To ponowne spotkanie pokazało nam nowe oblicze Francuzów, ich nowe odrodzone morale. Teraz, wbrew zakazowi jakichkolwiek demonstracji, Francuzi na placu spontanicznie zaśpiewali na powitanie „ Madelen”. A gdy my byliśmy na placu, oni zaś w koszarach, w błyskawicznym tempie potrafili wystawić na najwyższym piętrze w każdym oknie po jednej literze wielkości okna.
P O L S K A
My reagowaliśmy odpowiednio. Wtedy dostałem potężne uderzenie kolbą w plecy. Niemcy wrzeszczeli i miotali się, by jak najprędzej nas wyprowadzić.

Witold Korzeniowski
(Wybrał ; Andrzej Szutowicz www.oflag2b.choszczno.biz )

Źródła ;

Karykatury oficerów francuskich; ppor. Czesław Andrysiak
Witold Korzeniowski „ Na marginesie wielkiej wojny” Wyd. Morskie .Gdańsk 1976 r. Str. 43 – 46